Szczęki, koale i kiwi…
To był wyjazd, który spokojnie mógłby konkurować z najlepszymi scenariuszami filmowymi.
Zaczęliśmy w Sydney. Miasto od pierwszych chwil robi wrażenie swoją energią, architekturą i bliskością oceanu. Było trochę klasycznego zwiedzania, trochę włóczenia się po tym najpiękniejszym mieście, trochę plażowania. Idealne warunki do wskoczenia do wody, ale tym razem natura postawiła jasne granice. Rekiny skutecznie studziły nasz zapał – pierwszy raz od 13 lat, bo bywamy tu już tak długo! Skończyło się na obserwowaniu fal z brzegu i łapaniu słońca.
Kolejny etap to Melbourne i cztery dni, które dla fanów tenisa są absolutnym topem świata. Australian Open to nie tylko turniej, to klimat, emocje i energia, którą czuć na każdym kroku. Spędziliśmy godziny na kortach, chłonąc atmosferę i kibicując naszym ulubionym zawodnikom. Na żywo oglądaliśmy mecze m.in. Carlosa czy Igi, co samo w sobie było ogromnym przeżyciem. A jakby tego było mało, trafiliśmy na moment, który trudno zaplanować. Stan Wawrinka podszedł do nas i zaproponował wspólne zdjęcie. Takie historie zostają z nami na długo.
Na koniec przenieśliśmy się do Nowej Zelandii, gdzie tempo podróży naturalnie zwolniło, ale widoki podkręciły emocje jeszcze bardziej. Wypożyczyliśmy samochody i ruszyliśmy w trasę z Queenstown. Droga przez Milford Sound to jeden z tych momentów, kiedy częściej zatrzymujesz się na poboczu niż jedziesz dalej. Później Lake Pukaki z intensywnie turkusową wodą i widokiem na Mount Cook, który wygląda jak pocztówka, tylko lepsza. Całość zakończyliśmy w Christchurch, z poczuciem, że udało się zobaczyć kawał świata w naprawdę dobrym stylu. Na deser kilka chwil przy plaży Bondi (tak, po NZ wróciliśmy na chwilę do Sydney), gdzie zakończyliśmy trip spacerem Coogee to Bondi – widoki rewelacja, zobaczcie sami!
To była podróż, w której idealnie połączyliśmy miejskie życie, sportowe emocje i dziką naturę. Taki miks, który sprawia, że Australię kochamy i już planujemy powrót w 2027!




























